Happy birthday to me!

Tak tak, teraz powinnam wstawić tu pana Forever Alone, nie ma to jak składać sobie samej życzenia. Ale gdy w sklepie wpadły mi w ręce te ...

Tak tak, teraz powinnam wstawić tu pana Forever Alone, nie ma to jak składać sobie samej życzenia. Ale gdy w sklepie wpadły mi w ręce te urocze balony, poczułam nieprzepartą żądzę wykorzystania ich do urodzinowej sesji.

 Mimo, że wciąż bywam posądzana o małoletniość przy zakupie piwa (żeby to jeszcze było piwo, a nie Sommersby czy Desperados) w rzeczywistości nadeszły te lata, kiedy to dzień przed urodzinami wpadam w depresję. Że już tyle żyję na tym świecie, a tu ani Nobla, ani Oscara, ani nawet zwycięstwa w konkursie Wieniawskiego, czy choćby męża i willi z czarnym Jaguarem na podjeździe. Co do tego ostatniego, zdaje się, że powinnam zacząć od zrobienia prawa jazdy, ale z drugiej strony - po co mi prawo jazdy, kiedy nie mam Jaguara? 

W każdym razie, pogoniłam depresję i spędziłam przedwczorajszy dzień na robieniu miłych rzeczy w miłym towarzystwie. Postanowiłam z zeszłorocznej, spontanicznej decyzji zafundowania sobie w dniu urodzin tatuażu, zrobić dożywotnią tradycję. Nie mogę się doczekać siedemdziesiątki... Póki co, pod moją szyją zagościły skrzypcowe efy (nie elfy, jak sądził Pan Tatuażysta). 

Sprawiłam sobie w okresie okołourodzinowym jeszcze dwa wspaniałe prezenty - nowy smyczek i nowy aparat. O ile bez dobrego aparatu da się żyć, bez dobrego smyczka niekoniecznie. Tym trudniej jest mi wytłumaczyć, dlaczego odwlekałam sprawę wymagającą, jak się okazało, aż dwóch telefonów i dwóch wycieczek do lutnika, przez ostatnie pięć lat - w międzyczasie grając patykiem, który lepiej by posłużył jako opał do kominka. Kończę więc te dygresje i idę zapoznać się nieco bliżej z moim nowym towarzyszem!














You Might Also Like

0 komentarze

Flickr Images

UA-45510665-1